Czas na świętowanie! 5 urodziny Shiny Box - czerwiec 2017

Czas na świętowanie! 5 urodziny Shiny Box - czerwiec 2017


Shiny Box, to już tradycja, raz w miesiącu wyczekuję nerwowo kuriera z nowym pudełkiem. To czerwcowe, jest wyjątkowe, bo urodzinowe. A jak wiadomo, urodziny zawsze świętuje się na bogato! Nie inaczej jest w przypadku tego boxu. Zawartość mnie oczarowała i sprawiła, że poprzeczka się podniosła drogie ShinyBox :) Mam nadzieje, że poziom się utrzyma :) Zapraszam do wspólnego rozpakowywania 











5 w tym roku jest wyjątkowa , piąta rocznica ślubu, obchodzona w czerwcu oraz 5 urodziny ShinyBox :) Fajnie się składa, czerwiec to najfajniejszy miesiąc w roku :) 





                                           





Zaczynamy od produktów, których się nie spodziewałam, mianowicie Hello Slim 2-stopniowy program Teatox. Świetny pomysł, sama pewnie nie kupiłabym tych herbatek ( jestem z tych od kawy) ale z ogromną przyjemnością je przetestuję razem z mężem. Herbatki na dzień i na dobranoc, to świetna sprawa, kompozycja jest tak dobrana, że nawet mężczyźnie smakuje :) Podoba mi się że każda herbatka zapakowana jest osobno, przez co można je ze sobą zabrać w dowolne miejsce. 













Kolejno dwa produkty hiszpańskiej marki Kueshi, nigdy wcześniej się z nimi nie spotkałam, dlatego tym bardziej jestem ciekawa tego jak się sprawdzą :) Te kosmetyki zostały wcześniej ujawnione i przyznam, że zainteresował mnie tonik. Jak wiecie za balsamami nie przepadam :) 











Kolejno coś od marki Evree ( jednej z moich ulubionych) Tutaj wybór był losowy i ja trafiłam idealnie, ponieważ kremy pod oczy, to produkty, które testuję najmilej i kupuję najczęściej :) Tonik z tej serii bardzo przyjemnie wspominam, mam nadzieje, że tak samo będzie z kremem pod oczy










Kolejny produkt to krem do rąk marki Mincer, tutaj też były dwie możliwości. Ja trafiłam na krem do rąk na przebarwienia. Póki co nie potrzebuję takich kosmetyków, ale moja babcia już go sobie zarezerwowała :) Także nic się nie zmarnuje :) 











Kilka drobiazgów, czyli: odżywka, maseczki, peelingi i sól do kąpieli stóp. Jak wiadomo saszetki, zawsze się przyjadą i zużywają :) 











Kneipp, to marka, która mnie od dawna kusi. Barwne opisy na blogach, sprawiły, że te olejki śniły mi się po nocach. I nareszcie trafiło mi się :) Z ogromną przyjemnością skorzystam z długiej relaksującej kąpieli z użyciem tego olejku. Już mogę Wam zdradzić że pachnie fenomenalnie.










Kolejno konturówka do ust od Smart Girl Get More, to moje pierwsze spotkanie z tą marką. Kredek do ust u mnie deficyt, więc się bardzo ucieszyłam, a kolor jest fantastyczny, zatem tym większa radość :) 










Na koniec malutka odżywka do paznokci, jako, że obecnie noszę żele produkt ten wykorzystam do pedicure. Co już z resztą uczyniłam. Marki nie znam więc tym fajniej, że mam okazję przetestować.









Przyznaję, że zawartość urodzinowego boxa bardzo miło mnie zaskoczyła. Sama jedynie zamieniłabym balsam, na jakieś serum do twarzy, ale wiadomo, ma być tak aby dogodzić każdemu. Ja czuję się dopieszczona, mam swoje domowe spa i herbaciany detox, czego chcieć więcej?! Kochane Shiny, lśnij nam dalej przez kolejne lata i rozpieszczaj nadal taką zawartością :) 



Zapach Lata Yankee Candle Garden By The Sea

Zapach Lata Yankee Candle Garden By The Sea


Jak pachnie lato, z czym kojarzy Wam się ten zapach? Czy przenosi Was w jakieś konkretne miejsce, czy musicie je sobie dopiero wyobrazić? Dla mnie zapach lata, to mieszanka wielu zapachów świeże owoce, rozgrzana skóra, słodkie perfumy i morska nuta. Uwielbiam zapach rozgrzanej ulicy po deszczu, oraz zapach świeżo skoszonej trawy... Zapachy odkrywają w moim życiu ogromną rolę i często konkretny zapach, łączę z konkretnym miejscem, albo osobą... Zapamiętuję ile mogę, łączę te paciorki ze sobą tworząc jedyną i niepowtarzalną nutę, mojego zapachowego świata. A po latach z ogromną przyjemnością, odtwarzam te nuty i wracam wspomnieniami do szczęśliwych chwil i wspaniałych ludzi... Tegoroczne lato, będzie dla mnie miało jeden zapach, w którym zakochałam się od pierwszej chwili i nie chcę niczego innego. Mowa tutaj o nowym dla mnie zapachu Yankee Candle Garden By The Sea. Przekonajmy się, jak pachnie moje lato...

















Podczas zakupów w sklepie Kosmetykomania, zerknęła na dział ze świecami. Dawno żadnej nie kupowałam i zachciało mi się czegoś nowego. Słonecznego, radosnego i nieco lżejszego niż zapachy, które mam w swojej kolekcji. Mój wybór był szybki i dość instynktowy, zobaczyłam etykietkę i już wiedziałam, że to będzie to. 










Zapach, pochodzi z klasycznej serii zapachów Yankee Candle, na stronie opisywana jest jako mieszanka nadmorskich kwiatów. Nuta piwonii, frezji, lotosu i fiołka z domieszką oceanicznej lekkiej bryzy. Prawda, że brzmi wspaniale? Dla mnie jednak to zupełnie inny zapach. 










Garden By The Sea, to zapach kobiety... Tyle i aż tyle. To zapach eleganckiej kobiety, która dumnie kroczy wąskimi uliczkami nadmorskiej miejscowości. To zapach rozgrzanej słońcem skóry, z domieszką owocowego balsamu. To zapach perfum, słodkich i seksowych, które zostawiają za sobą magiczny ogon i sprawiają, że każdy pragnie poczuć go na sobie.Nie jest to typowy jednowymiarowy letni zapach. To złożona i  przemyślana kompozycja. To zapach stworzony z myślą o pięknych widokach, miłości i pięknej kobiecie... Zapach bardzo uwodzicielski i kojący, sprawia, że cały dom, wypełnia się nutką uśpienia, czas staje w miejscu, a ja mam ochotę wygodnie usiąść na kanapie i po prostu się zrelaksować. Zapach jest tak ciepły i tak kojący, że odczuwam wręcz fizyczną błogość, Przenosi mnie na plaże, niemal czuję pod stopami rozgrzany piasek, moja sukienka faluje na wietrze, a słońce przyjemnie pieści moją skórę Zapach idealny na  letni czas, nie jest zbyt nachalny i duszący, przez co nie męczy nas, nawet podczas upałów. A wręcz przeciwnie, wspaniale współgra ze słonecznym dniem. Mój dom latem, pachnie kwiatami, perfumami i kobiecością. I szczerze, Wam powiem, że chciałabym mieć w swojej kolekcji takie perfumy :) 










Bardzo żałuję, że zamówiłam małą świeczkę, bo wiem, że ten zapach to strzał w 10. Warto zaufać swojej kobiecej intuicji i nie sprawdzać opisów zapachów wcześniej. W przypadku tej świecy dostałam to czego chciałam, a może nawet więcej. Bo ten zapach jest naprawdę wyjątkowy. 
Ożywiam wspomnienia w naszą piątą rocznice ślubu

Ożywiam wspomnienia w naszą piątą rocznice ślubu


Dwie osoby, dwie dusze, dwie odrębne pasje i namiętności. Kobieta chaotyczna, figlarna i spontaniczna, mężczyzna mocno stąpający po ziemi, opanowany i spokojny... Kobieta filolog z głową pełną marzeń i romantycznych wizji Puszkina. Mężczyzna księgowy, który na wszystko zna wzór i głowę ma pełną szufladek w których panuje porządek. Jak to się mogło stać, że tak różne osoby, zwróciły się ku sobie. Jak to możliwe, że te dwie na pozór nie mające ze sobą nic wspólnego dusze, zakochały się w sobie?! Nie znam odpowiedzi na to pytanie, nie wiem jaka siła nas połączyła i sprawiła, ze jesteśmy nierozłączni. Nasze światy się przeniknęły, nałożyły na siebie i dzięki temu mamy życie pełne przygód, bo wciąż się siebie uczymy i wciąż odkrywamy coś nowego... Niebawem minie pięć lat od najpiękniejszego dnia w moim  życiu... 23.06.2012r  wyszłam za mąż. Nie ma słów, aby opisać radość jaka mi wtedy towarzyszyła. Podobnie jak dzisiaj, kiedy piszę ten post i czuję jak mocno wali mi serce... Mija pięć lat, a ja kocham  coraz mocniej :) 












Z tej okazji, naszej okrągłej rocznicy, postanowiłam sprawić nam prezent... Staramy się świętować każdy wspólny rok, ale skoro to okrągła rocznica, chcę abyśmy mieli coś wyjątkowego i coś co zostanie z nami na dłużej. 













Zdjęcia są najpiękniejszą formą wspomnień, ubolewam, że żyjemy w  czasach, w których coraz rzadziej wywołuje się zdjęcia i przechowuje w albumach. Pamięć nasza jest krucha, z czasem wspomnienia wyblakną i stracą wyraziste krawędzie. Zdjęcie jest nieśmiertelne i z wiekiem, nabiera charakteru. 























Pięć lat... pięć radości i smutków, pięć wyjazdów na wakacje i pięć ubieranych choinek... 5 to  także ulubiona cyfra mojego męża. Mam nadzieję, że będzie dla nas szczęśliwa :) Z tej okazji, postanowiłam sięgnąć do naszego albumu i wyszukać fotografię, którą zamienię w obraz... To będzie mój prezent rocznicowy, który zawiśnie już niebawem w naszej sypialni. Nie wiem dlaczego nigdy wcześniej na to nie wpadłam? Zainspirowałam się podczas wizyty u naszych przyjaciół, kiedy zobaczyłam fotoobraz. Pomyślałam, że potrzebuję czegoś takiego w naszym domu i tak oto narodził się ten pomysł... Obraz zamówiłam za pośrednictwem sklepu Foto4U Zostawiam Wam link, gdybyście były zainteresowane podobnym prezentem :) Teraz muszę się tylko zastanowić które zdjęcie wybrać :) Fotografia, którą cchcę zamienic na fotoobraz, musi być wyjątkowa. Chciałabym wyszukać takie zdjęcie, gdzie widać iskry w oczach i czuć aurę miłości. Mija 5 lat, zmieniliśmy się oboje, ale chyba zmieniamy się na lepsze. Jesteśmy już pewni tego, czego chcemy i dokąd zmierzamy. Małżeństwo to ciężka praca, godziny rozmów, kompromisy, a przede wszystkim przyjaźń i koleżeństwo. Bo żeby się kochać, trzeba się lubić :) 5 rocznica określana jest mianem drewnianej i chyba tak się dzisiaj czuję... silna i mocna w swoje miłości. Co sądzicie o takim prezencie i celebrowaniu każdej wspólnej rocznicy? Korzystałyście z takich pomysłów w przeszłości, a może dopiero się zastanawiacie nad jego wykonaniem? Dajcie mi znać w komentarzach. Buziaki 








Perskie oko

Perskie oko


Hej Kochane, dzisiaj przychodzę do Was z bardzo luźnym postem i w zasadzie nieplanowanym. Otóż, podczas dzisiejszego makijażu, zupełnie niespodziewanie, odkryłam nowe wcielenie moje paletki Zoeva Naturally Yours... Mam ją od od ponad dwóch lat, a dzisiaj tak bardzo mnie zaskoczyła. Zaczęło się od tego, że nie miałam weny, ani ochoty na makijaż. Jestem w trakcie pakowania na wyprawę do Gdańska, więc postanowiłam coś tak na szybko namazać. I wyszło mi perskie oko, które nie było w planach, ani nawet w żadnej makijażowej wizji :) Wystarczyła czarna kredka, którą lekko rozblenowałąm, oraz jeden cień z paletki, aby powstało coś kolorowego, trochę zielonego, trochę brązowego... Okazało się, że cień, który w paletce jest brązowy, po nałożeniu na kredkę, okazał się duwchromem, Powstał piękny żuczkowy kolorek. Którego jak dotąd, nie odkryłam. Od razu sięgnęłam po aparat, żeby pokazać Wam jaki fajny efekt uzyskałam. Bardzo mi się podoba, a co Wy sądzicie?! 











Oczywiście, weźcie poprawkę na to, że ja nie jestem makeup artist i są niedociągnięcia w tym co widzicie :) Najważniejszy w tym wszystkim jest kolorek, który odkryłam i z którego teraz będę często korzystała :) Cień o którym mówię to kolor o nazwie "Forever Yours" W paletce wygląda na ciepły ceglaty brąż, na czarnej kredce okazuję się duochromem, opalizującym na zielona. Po zmieszaniu go, wydobywa się z niego ciemny brązowy o ciepłych tonach. 
























Na twarzy testuję podkład Nars Sheer Glow, ale póki co mam bardzo mieszane uczucia. Niby jest ok, ale też bez szału. Cóż chyba będę szukała dalej. A może Wy możecie mi polecić coś fajnego na lato?! 















Na ustach natomiast mam pomadkę, która wygrałam w rozdaniu u DressYourFace. Jest to pomadka w płynie z serii Longstay Liquid Matte Lipstick od Golden Rose w numerze 13. Idealny dzienny kolorek, nudziak, z odrobina koralu. Jest fantastyczna :) 






DR.G Pore Mask Peeling - peeling do skóry tłustej i mieszanej

DR.G Pore Mask Peeling - peeling do skóry tłustej i mieszanej


Dzisiaj znowu azjatycki kosmetyk w roli głównej. Jak już na pewno wiecie, co jakiś czas przedstawiam Wam jakąś azjatycką perełkę, która sprawdziła się w mojej pielęgnacji. Nie inaczej jest w przypadku dzisiejszego wpisu. Peeling jaki chcę Wam polecić jest totalnym hitem mojej pielęgnacji. Od kiedy go stosuję, moje cera z każdym użyciem staje się piękniejsza. To mój pierwszy kosmetyk marki Dr G, ale z pewnością nie ostatni, oj nie...











Peeling ten, to produkt dwa w jednym. Możemy go także stosować jako maseczkę oczyszczającą, dzięki zawartości glinki w swoim składzie. Producent, zaleca nałożenie produktu na oczyszczoną skórę, odczekać ok 5 min i przystąpić do masowania. Uprzednio warto zwilżyć dłonie, dla lepszego poślizgu. 










Bardzo podoba mi się szata graficzna, schludna, czytelna i ten miętowy kolor :)  Pojemność to 120 g cena 73 zł Ja swój peeling zamówiłam za pośrednictwem strony Sachi.pl gdzie od niedawna możecie znaleźć asortyment tej marki. Sklep jest przeze mnie sprawdzony, dlatego szczerze go Wam polecam. Minusem jest fakt, że produkt trudno wydobyć z tubki, która jest dość twarda i sztywna.



















Glinka, Sok z Aloesu, Wyciąg z Owoców Cytrusowych, Ekstrakt z Otrębu Ryżowego, Gliceryna, Ekstrakt z Trzciny Cukrowej, Ekstrakt z Kwiatu Rumianku Pospolitego, Ekstrakt z Rokitnika Zwyczajnego










Zapach peelingu jest bardzo świeży i delikatny, nie kojarzy mi się z niczym konkretnym, jest to kremowy, mleczny zapach. Nie powinien nikogo w żaden sposób drażnić. Produkt łatwo i przyjemnie się nakłada, ale już nieco trudniej go zmywać. Jego konsystencja staje się jakby gumowata i wtedy muszę posłużyć się gąbeczką, aby szybciej usunąć produkt z twarzy. Konsystencja jest dość rzadka, ale nie spływa z twarzy, stosowany jako maseczka lekko zastyga. Drobinki są mikroskopijne, ale dosyć ostre (choć wolę jeszcze mocniejsze) Po rozmasowaniu wyczuwam pod palcami, całkiem sporą ilość tych drobinek. Dla skór suchych i normalnych, znajdziecie odpowiedni peeling z tej samej serii :) 










Działanie... to przecież jest najważniejsze w tym wpisie... Muszę Wam powiedzieć, że to jest hit absolutny... Zacznę od tego, że po zastosowaniu skóra jest gładka, miękka i oczyszczona, ale umówmy się to może zrobić każdy peeling. A bardzo chcę Wam pokazać jego wyjątkowe działanie. Peeling rewelacyjnie złuszcza martwy naskórek, skóra momentalnie jest rozpromieniona, rozjaśniona, a koloryt cery jest wyrównany. Ponadto peeling, reguluję wydzielanie sebum i moja mieszana cera, została w pewien sposób uspokojona/wyregulowana... Skóra jest pełna blasku i wygląda tak, że makijaż jest tutaj zbędny. Suche skórki znikają bez śladu, kolejne kroki pielęgnacyjne wchłaniają się lepiej. Ale teraz największy hit, ten peeling radzi sobie z bliznami potrądzikowymi, rozjaśnia je i niweluje, ponadto uporał się z moimi zaskórnikami na nosie i brodzie (mam do nich sporą tendencję) Zauważyłam także, że peeling pięknie zwęża pory i za każdym użyciem efekt ten jest podtrzymany!!! Miałam wiele peelingów, ale tak wspaniałego i tak działającego w punkt jeszcze nie... Słyszałam, że mark a Dr G, to azjatycka perełka, ale nie sadziłam, że będzie aż tak zachwycona jego działaniem. Uwielbiam patrzeć na moją skórę po zastosowaniu tego peelingu, a nawet kilka dni później. Działa idealnie na moją mieszaną cerę. na partie tłuste działa oczyszczająco, natomiast na pozostałe partie kojąco. Peeling nie powoduje ściągnięcia i przesuszenia. Twarz jest jędrna, miękka i wygląda na bardzo wypielęgnowaną. Makijaż prezentuje się o wiele lepiej, a cała skóra promienieje zdrowiem. To świetny produkt dla cer szarych, zmęczonych i zanieczyszczonych. Działa szybko i natychmiastowo, przy czym efekt ten się utrzymuje. Z tym peelingiem wypiękniałam i koniecznie musicie go wypróbować :) Dajcie mi znać, co jeszcze Warto zakupić z marki DrG. Buziaki 






Ulubieńcy ostatnich tygodni

Ulubieńcy ostatnich tygodni



Hej Kochane, 
ostatnio mnie nie było, ale miałam końcowe zaliczenia w szkole, zatem uwagę i czas poświęcałam na naukę :) Na szczęście wszystko zaliczone, został mi tylko egzamin zawodowy  Trzymajcie kciuki :) Za chwilę, będę dyplomowaną kosmetyczką :) Dzisiaj, przychodzę do Was z produktami, które używam namiętnie od paru tygodni. Generalnie są to moje nowości, ale zakochałam się w nich tak bardzo, że niczego innego nie używam. Warto pokazać je wam bliżej. Oczywiście, pojawią się także osobne recenzje. 









Patrząc na to zdjęcie, dopiero dostrzegłam, jak mi się tutaj wszystko pięknie i pastelowo komponuję. Ale to wspaniale, bo pastele to zdecydowanie moje barwy. Poczyniłam małe zakupy i zdecydowanym się ma podkład marki Smashbox, oraz najnowszą paletkę do konturowanie marki Zoeva. Perfumy, dostałam w prezencie od męża, ale od dawna mi się marzyły. Nie sadziłam, że zakocham się w tych produktach tak szybko i tak oddanie :) 










Podkład marki Smashbox Studio Skin, to wizażowa perełka, podkład idealny do cery mieszanej, czyli takiej jak moja. Co w nim pokochałam to ogromną gamę kolorystyczną, oraz efekt jaki pozostawia na skórze. Jest niewyczuwalny i praktycznie niewidoczny na skórze. Krycie ma średnie, ale dla mnie wystarczające. Ma działanie matująco-nawilżające i utrzymuje się na mojej cerze przez cały dzień :) Podkład nie zapycha, nie podkreśla porów, ani suchych skórek. Jest lekki, a jednocześnie trwały... Uwielbiam ....















Perfumy... jestem od nich całkowicie uzależniona i chyba każdego miesiąca powiększam swoją kolekcję zapachów. Każdy ma swoją namiętność, moją niewątpliwie są perfumy. O zapachu Si Giorgio Armani  w wersji klasycznej marzyłam od dawna. Lubię klasykę, więc lubię mieć także kultowe zapachy w swojej kolekcji. Byłam zdecydowana na klasyczny zapach, ale mój mąż zasugerował mi opcję lżejszą (różową) Chwilę później dostałam je od niego w prezencie... Od tego czasu, nie mogę się nimi nacieszyć, wciąż mi mało i mało :) Zapach jest wspaniały, zmysłowy, ciepły, otulający, ale jednocześnie świeższy i lżejszy od klasycznej wersji z czarną nakrętką. Trwałość fantastyczna, dostaję sporo pytań i komplementów, kiedy je noszę :) 















Trzecim produktem jest najnowsza paletka marki Zoeva Basic Moment. Od momentu, kiedy ją zobaczyłam, wiedziałam, że będzie moja. Uwielbiam tego typu paletki, gdzie mam wszystko co potrzebne pod ręką. Często wyjeżdżamy na weekendy i nie ma dla mnie lepszej opcji podczas pakowania bagażu. Paletka jest bardzo neutralna, przez co od razu mnie skusiła. Bronzer jest idealny, ani zbyt pomarańczowy, ani zbyt szary. Róż jest bajeczny cukiereczek w kolorze różowo-koralowym, Rozświetlacz używam najrzadziej, ale w kwestii koloru jest ok. Delikatny bez wyraźnych i nachalnych drobinek. Całe trio, pięknie się nakłada, rozciera i utrzymuje na mojej cerze. Mam na liście jeszcze paletkę cieni do powiek z tej serii :) 













To wszystkie moje hity, minionych tygodni, mam nadzieje, że tak pozostanie na długi czas. Bardzo się cieszę, że zakupiłam te produkty, bo sprawdzają się fantastycznie. Nie ma nic gorszego dla kobiety, rozczarować się kosmetykiem, który się u niej nie sprawdzi. Na szczęście u mnie jest idealnie, Serdecznie polecam Wam te produkty i dajcie mi znać w komentarzach, co Wy umiłowałyście sobie  najbardziej w ostatnim czasie. Buziaki 
I love matte lipstick liquid My Secret

I love matte lipstick liquid My Secret


Świat oszalał na punkcie matowych, pomadek w płynie. Chyba już każda marka ma w swoim asortymencie tego typu pomadkę. Oczywiście, ja także należę do zwolenniczek matów, nie muszę ich kontrolować i co chwilę sprawdzać w lusterku, to daje mi poczucie komfortu przez wiele godzin. Marka My Secret, kolejny raz nas zaskakuje i przychodzi do nas z gamą płynnych pomadek w bardzo przyjemnych, wiosennych kolorach. Same zobaczcie :) 








Matowe płynne pomadki My Secret występują w 5 kolorach. Jeden nudziak oraz 4 odcienie różowe. Kolory są naprawdę śliczne i będą pasowały większości z nas. Pojemność pomadki to 7 ml, a cena to 13,99 zł. Dostępne jak zawsze w Drogeriach Natura. 









Podoba mi się ich opakowanie jest lekko matowe, jakby pokryte szronem. Kolory są widoczne przez opakowanie, co zawsze ułatwia sprawę, kiedy szukamy w pośpiechu danego koloru. 
















Aplikacja jest dziecinnie prosta, pomadki mają bardzo przyjemną konsystencję, nie są tępe i bardzo suche, dzięki czemu z łatwością możemy pomalować usta, bez używania konturówki. Już po pierwszym dotknięciu, mamy mocny pigment, dla lepszego, bardziej wyrysowanego efektu, dokładam  drugą cienką warstwę (kontury i kąciki wewnętrzne) Chwila moment i mam gotowy makijaż ust.









Tutaj możecie zobaczyć jak prezentuje się pigmentacja i konsystencja. Mamy tutaj jedną, cienką warstwę koloru. Pomadka nakłada się bardzo gładko i nosi się ją bardzo komfortowo. 











Pomadki utrzymują się dość dobrze na moich ustach. Bez jedzenia, picie nawet do 5 godzin. Co uważam za bardzo dobry wynik. Plus za to, że pomadki nie migrują i nie rozlewają się poza kontur. Lekko zastygają, ale nie są to pomadki typu mur beton. Ładnie się ścierają i stopniowo znikają z naszych ust, Nie tworzą dziur i smug. Nie zauważyłam także, żeby nadmiernie przesuszały usta. Wiadomo, że przy matowych pomadkach nie da się uniknąć ściągnięcia, ale te pomadki nie różnią się w tej kwestii zbytnio od innych. Mam dość dobrze wypielęgnowane usta, może dlatego nie odczuwam ściągnięcia, czy nadmiernego przesuszenia. Polecam na noc lanomaść-to mój tajny sposób na nawilżone i gładkie usta ;)  Bardzo podobają mi się kolory i dobrze się w nich czuję, poza nr 10 to piękny nudziak, ale dla mnie zdecydowanie zbyt jasny... Reszta kolorów pasuje zarówno do mojej karnacji jak i upodobań kolorystycznych. Sądzę, że my słowianki będziemy z nich zadowolone. Koniecznie, dajcie mi znać, czy już je używałyście i który kolor najbardziej Wam się spodobał :) Buziaki 






Copyright © 2014 Do połowy pełna... , Blogger